Posted in Psychologia

Wybory w czasach popkultury

Wybory w czasach popkultury Posted on 13 lutego 2018

W momencie kiedy większość obserwowanych przeze mnie blogerów statkuje się, utrwala życie i pisze książki, ja postanowiłam swoje jestestwo z lekka wywrócić na lewą stronę. Znowu, bo właściwie od czterech lat nie robię nic innego.

Tak więc ponownie testuję na sobie zmianę „na inne” i związane z nią podejmowanie decyzji w liczbie kilka poważnych i parę pomniejszych na dzień. I powiem tylko, że ciężko jest.

Już raz to robiłam. Jednak było to dawno i opcji by zdecydowanie mniej, a sklepy internetowe, czy na zamówienie wykonywane ręcznie wyjątkowe rzeczy prawie nie istniały. O ile było łatwiej, o ile człowiek się mniej męczył mając bardziej ograniczony budżet i mniej możliwości… Na dodatek Polacy to naród ekspertów w każdej dziedzinie, więc każdy wie najlepiej co dla mnie dobre, odpowiednie i jak powinnam się urządzić. Naprawdę można oszaleć.

I tak mi przyszło do głowy, że żeby wybierać to, czego my sami chcemy trzeba naprawdę mocno stać na nogach. Bo ciężko jest nie dać się przekonać czyjemuś marudzeniu. Ciężko jest w kółko powtarzać „tak, ale…” obojętnie jak pięknie brzmi metoda zdartej płyty na szkoleniach. Zwłaszcza, jeśli konfrontacja następuje z osobami nam bliskimi. A już szczególnie jeśli przyzwyczajone są do tego, ze obchodzimy się z nimi jak z jajkiem.

Albo zgoła odwrotna sytuacja – mamy osoby, którym nie umiemy, nie chcemy zaufać, lub wiemy od nich zwyczajnie więcej, a one wciąż się wpieprzają. Tutaj już nie ma wątpliwości, czy wybierasz właściwie – Ty wiesz, że tak. A jednak rozmowa z nimi zostawia jakiś niesmak, jakbyś jednak „powinien” zrobić inaczej. Właściwie niczym nieróżniący się od tego, jaki pozostawia poprzednia opcja.

Temat sprowadza się do stawiania granic. Wyznaczania i trzymania się ich. Wbrew pozorom, konsekwencja przydaje się też w wychowaniu dorosłych, a nie tylko dzieci.  „Moje – Twoje”, „tu pójdę na kompromis, ale tu nigdy”… Bo zwyczajnie są obszary, w których może i wysłucham, ale żadnych dobrych rad nie wezmę pod uwagę. Trudno. Czy druga osoba poradzi sobie wówczas z bezsilnością (i brakiem wpływu na moje życie)? Nie wydaje mi się już, żeby to był mój problem – tak na dłuższą metę… Inaczej zakłapućkam się nie wiedząc gdzie ja się kończę i zaczynam oraz czy moje preferencje są faktycznie moimi preferencjami.

Inna sprawa, gdy nasze wybory są atakowane zewsząd przez reklamy, opcje i dostępne możliwości. Co wtedy? Albo analysis-paralysis, albo… No właśnie. Albo pytanie, dlaczego nie ufamy sobie i swoim wyborom? W końcu z jakiegoś powodu zdecydowaliśmy tak a nie inaczej, odrzucając inne możliwości. Więc dlaczego po obejrzeniu innych rozwiązań popadamy w zwątpienie? Trochę jak w związku – wybierasz jedno, odrzucając inne. Swoją drogą, inaczej mogłabym wybierać miesiącami, śniąc sen księżniczki o tym, że gdzieś tam czeka na mnie ten idealny, wymarzony… kibel (po prawdzie, historia jest zgoła odmienna bo to ja na niego czekam – aż mi go dostarczą. No bywa. ;))

Jako, że moment tego wymaga i muszę dość szybko o wszystkim decydować, żeby sprawę zamknąć i domknąć – obrałam następującą strategię.

  1. Robię minimum tego, co potrzebuję żeby temat przypieczętować. Reszta będzie jak mnie najdzie (i jak podreperuję budżet).
  2. Ogranicza mnie przede wszystkim czas, więc to co mogę poświęcić (nie nadwyrężając zabytnio elastycznego, ale jednak posiadającego ramy budżetu) – to mój własny czas. Więc tego nie żałuję.
  3. Sięgam do tego, czego zawsze chciałam i tego o czym zawsze marzyłam. To jest punkt odniesienia do całości i każdego elementu z osobna.
  4. Mam pracowników, którym ufam w pełni i którzy już nie raz ratowali sytuację, przekształcając moje „cholera… no jest ale nie pasuje mi to” w „to jest to!”.
  5. I jedną osobę, której podpowiedziom ufam bezgranicznie, bo jeszcze się nie pomyliła. Najwyżej ja zmieniłam zdanie. ;)

Co jest najtrudniejsze? Chyba pogodzenie się z tym, że nawet najbliższe mi osoby nie zawsze będą wiedzieć czego ja chcę i potrzebuję. A już na pewno nie będzie tego wiedzieć pani ze sklepu czy z reklamy. No i też to, że coś co kiedyś tworzyłam przez dwa lata, teraz chcę zmieścić w niecałe trzy miesiące. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Oczekiwania wraz ze wzrostem dostępności towarów i budżetu. Ważne więc też chyba, żeby tym budżetem tak pomanewrować, by nie dać się zwariować – ani od nadmiaru, ani od niedomiaru (chcę coś innego, ale wezmę to gorsze i się przemęczę – znasz?). A jeśli już wszystko zawodzi, to pamiętaj że okrojenie liczby opcji do 6 przynosi zawsze dobry efekt. Bo gdy mózg dostaje więcej, to zwyczajnie głupieje i nie potrafi wybrać – taka już jego uroda. No i polecam też add-blocki wszelkiej maści. Czego oko nie widzi, tego sercu nie żal. ;)