Posted in Psychologia

Szacunek do rozwoju osobistego

Szacunek do rozwoju osobistego Posted on 17 września 2018

Żyjemy w dziwnych czasach. Z jednej strony atakują nas pseudomotywatorzy krzyczący, że ferrari czeka na nas za rogiem. Z drugiej strony mamy pochwałę głupoty pod postacią płaskoziemców, antyszczepionkowców, januszów i grażynek. Droga do faktycznego rozwoju jest cieniutka jak włosek i łatwo się z niej spierdolić.

Sam rozwój zresztą jest już jako słowo obarczony negatywną konotacją. Rozwijają się karierowicze, szczury biorące udział w wyścigu i mało rozgarnięta klasa średnia, która nie wie co z kasą robić. Słaba wizja. No ale jakie czasy taki PR…

Czym jest rozwój osobisty

Lub może czym on nie jest.

Nie jest zapieprzaniem na oślep byle do celu, jak na treningu z Chodakowską co by się spocić – dawaj do końca, trzymaj tempo, dasz radę.

Nie jest sposobem na osiąganie sukcesu – choć to stwierdzenie może wielu zdziwić i być jak to się w korpokręgach mówi counterintuitywne.

Nie jest też jak ZEN sposobem na życie, radość, spokój, czy co tam sobie jeszcze wymyślimy. Tu już może ciut bliżej do sedna, jednak nadal nie jest to styl życia.

Rozwój to zmiana tych sposobów radzenia sobie z rzeczywistością, które przestały dla nas działać. Każdy z nas ma jakieś tam swoje metody i taktyki na pokonywanie przeciwności. Większości z nich uczymy się dość wcześnie, w dzieciństwie lub podczas dorastania. Jednak potem także wyrabiamy sobie nowe. To nie tak, że dzieciństwo i jego traumy kształtują nas już na zawsze i od 10-ego roku życia jesteśmy już ludźmi z kamienia. Kształtuje nas całe nasze życie i wszyscy ludzie, z którymi (blisko) przebywamy.

Jednak warunki dookoła nas się zmieniają. Zmieniają się nasze wymagania, zmieniają się nasi partnerzy i inne bliskie nam osoby. I wraz z tymi zmianami przychodzi potrzeba innego działania niż to nawykowe. Ta zmiana to właśnie jest rozwój.

Jeśli ten moment przegapimy, to będziemy januszować oskarżając swoją grażynkę, że jej coś do łba strzeliło i nagle zaczęła mieć pretensje o coś, co zawsze było tak samo robione. Być może nawet z dziada pradziada… Albo będziemy oskarżać szefa, że wymaga od nas niestworzonych rzeczy, a wszyscy ci co się nowemu wymaganiu poddadzą są albo głupi, albo noszą zawsze ze sobą słoik wazeliny.

Taka zmiana może nadejść z zewnątrz – jak wyżej – lub z wewnątrz, jeśli to my nie wytrzymujemy już swojej własnej sytuacji. Czyli kiedy na przykład zauważamy, że coś w naszym sposobie działania nie bangla jak powinno, nie daje nam satysfakcji, wciąż doprowadza do konfliktu lub do złego samopoczucia (obojętnie której ze stron). Jednak jeśli w danym momencie pójdziemy w negację, zaczniemy obwiniać innych, to też raczej się nie rozwiniemy. Za to jeśli przesadzimy, to możemy się równie mocno zakałapućkać.

Łatwo się zgubić

Nie chodzi mi o to, że wszędzie słychać o tym, jak to należy odnaleźć siebie samego w sobie. Jakbyśmy byli jakimiś matrioszkami lub mieli w sobie labirynt. Czasy mamy przesiąknięte na wskroś mówieniem o tym, że odpowiednia dawka rozwoju doprowadzi nas na szczyt szczęścia. Wtedy wreszcie zrozumiemy siebie i znajdziemy zajęcie naszych marzeń. Pewnie rycerza na białym koniu też. To już przy okazji bo jak się otworzymy na dobre doświadczenia, albo odpowiednio sami zmienimy, to wszystko będzie kolorowo. Trzeba jedynie trochę popracować, poafirmować – tu wyklepać, tam przemalować i na pewno się trafi na naszej drodze już tylko wszystko co perfekcyjne.

Powszechność tego zjawiska mnie ostatnio zaskoczyła. Pytania „co powinnam robić, jak działać żeby zarabiać na tym, co daje mi szczęście” albo „szukam i szukam i nadal nie znalazłam tego idealnego zajęcia” docierają do mnie kilka razy dziennie (no taki moment, obejdzie się bez szczegółów). Ewidentnie gubimy się w tych poszukiwaniach. Szukamy szczęścia w taki sposób, jakby mogło nam je zapewnić coś konkretnego. Coś co da się znaleźć – jak skarb lub zagubioną broszkę po babci. Zapomnieliśmy już jak to jest wypracowywać sobie pewne mechanizmy i z nich korzystać, zamiast ciągle się zastanawiać czy to co robię daje mi satysfakcję. A slogany takie jak „możesz wszystko”, „możesz być kim zechcesz”, czy „dasz radę” jeszcze mocniej nas odciągają od tego, że żyje się małymi krokami.

Szukamy też tej wiecznej motywacji, która będzie trwać i trwać… I nawet po naszej śmierci uniesie się ponad nasze ciała w postaci chmurki, a potem pewnie spłynie na kogoś innego. Zapominamy jak wiele rzeczy dzieje się w życiu dzięki zwykłej samodyscyplinie. Motywacja jest zdecydowanie przereklamowana. Jest nietrwała. Pozwala nam złapać wiatr w żagle i zapalić się do jakiegoś pomysłu. Jednak nie utrzyma nas w tym stanie długo, bo to mogłoby grozić zatarciem silnika. Tak samo jak zakochanie jest tylko stanem przejściowym. Permanentne zakochanie (niedosypianie i niedojadanie, oraz skupienie na drugiej osobie) jest zwyczajnie wyczerpujące dla organizmu. No tak sobie natura wymyśliła.

Poszukujemy też nieustannie tego zajęcia, które sprawi że będziemy trwać w wiecznym flow. Zapominamy, że flow to jest coś, co się pojawia gdy już to co robimy wychodzi nam po prostu dobrze i przestajemy się tym męczyć. A na to potrzeba czasu. Nie mamy uczucia flow gdy pierwszy raz siadamy do malowania, gry na instrumencie, czy do programowania. Ktoś doświadczył flow jako dziecko poza momentami zabawy? Flow to nie stan, który pojawia się podczas uczenia się nowej umiejętności. Jeśli będziemy go szukać cały czas próbując robić coś nowego to jest duże prawdopodobieństwo, że się z nim rozminiemy. W efekcie zaś będziemy zawiedzeni uważać, że nie mamy żadnego talentu i nie jest nam pisana radość z pracy.

Więc czym ten rozwój w końcu jest

Każdy z nas ma swoją miarę, swoją bazę z jaką się rodzi i z jaką wchodzi w dorosłość. Niektórzy mają więcej a inni mniej szczęścia, jak chodzi o to wewnętrzne wyposażenie. I niestety, nie każdy doczłapie się do tego ferrari za rogiem, a niektórzy będą musieli zadowolić się firmowym passerati. Jednak to wcale nie znaczy, że ten siedzący za kółkiem ferrari zrobił w swoim życiu więcej. Może wyniósł z domu umiejętność zarabiania dużych pieniędzy. A przede wszystkim nietracenia ich od razu po zarobieniu, jak zdarza się wielu tym, którzy nie przywykli do dużej kasy. Może nie borykał się całe życie z niskim poczuciem wartości, które kazało mu się cieszyć z tego, że szef go pochwalił zamiast znowu zganić. Może nie obawiał się zaryzykować bo był nauczony tego, że jak się coś nie uda to to nie jest tragedia. Można to zwyczajnie poprawić i zrobić drugi raz – tym razem już lepiej.

Rozwój to zmiana nawykowych reakcji i nawykowego myślenia o nas samych i sytuacjach, w jakich się znajdujemy. Zmieniamy to, co nam przeszkadza. Modyfikujemy to, co sprawia że sami sobie podkładamy nogę. Jeśli widzę, że coś mnie blokuje przed zarabianiem większych pieniędzy – to nad tym pracuję. Jeśli widzę, że mam tendencję do szybkiego poddawania się (lub do reanimacji projektu zdecydowanie dłużej niż przewiduje CPR), to staram się dowiedzieć czemu tak jest, a potem zmienić kurs. Jeśli chcę się czuć lepiej w relacjach z innymi ludźmi to analizuję sytuacje, w których mi źle i myślę jak mogę zachować się inaczej. Po to właśnie istnieje rozwój osobisty. I to nie tak, że jak przestaniesz ćwiczyć to zatracisz te umiejętności. Nie musisz się rozwijać 3 razy w tygodniu po 30 minut do tętna 130. Po dostępne narzędzia sięgasz wtedy, gdy jest taka potrzeba. I pamiętaj, że czasem wystarczy książka, czasem można pójść do kina i pooglądać inne osoby w podobnych do naszej sytuacjach. A czasem wystarczy porozmawiać z kimś, kto nas dobrze zna. Dobrze byłoby tylko za każdym razem wyciągnąć jakieś wnioski, bo bazą do rozwoju jest autorefleksja.

Miej jednak szacunek do rozwoju osobistego, nie wyśmiewaj go. Nie bagatelizuj tego co możesz dzięki niemu zmienić i z ilu sytuacji możesz sam siebie wyciągnąć za uszy. Bo to Ty się rozwijasz, a nie rozwój dzieje się sam. Jeśli zaś nie wierzysz w to, co możesz zmienić to znaczy, że sam w siebie nie wierzysz.