Posted in Minimalizm

Lukus polega na tym by się nie narobić

Lukus polega na tym by się nie narobić Posted on 16 lipca 2018

Od pewnego czasu uważam, że mam luksusowe życie. Nie w takim sensie, że luksusowe są wokół mnie towary, marki, a na stole stoi koniak za kilka tysięcy w kryształowym kieliszku z czasów Ludwika X-tego, ledwo co starszym niż ten trunek co go wypełnia. Nie nie i jeszcze raz nie. Mój luksus polega na tym, że się nie urabiam po łokcie wracając do domu…

Wahadełko

Pamiętam jeszcze te czasy, gdy mój czas spędzany w domu dzielił się na dwie kategorie – przed sprzątaniem i w trakcie. Taka ciągła sinusoida. Albo właściwie wahadełko – raz wychył w jedną stronę, raz w drugą: albo bałaganię, albo sprzątam. “Przed sprzątaniem” oznaczało hodowanie bałaganu poprzez codzienne dokarmianie go. “W trakcie sprzątania” to były momenty gdy następowało nic innego jak sfrustrowane chowanie i układanie na miejsce. Taki zwyczaj wyniosłam z domu. Tydzień polegał na tym, że na biurku gromadziło się wszystkie materiały potrzebne i używane w poprzednich dniach w szkole. A sobota była dniem pakowania tego do szafki. Raz nauczona, tak samo robiłam po przeprowadzce już na tak zwane “swoje”. Tylko gromadziły się inne przedmioty…

Gromadziły się jednak na tyle szybko, że sprzątanie było potrzebne praktycznie codziennie. A to zmywanie bo nie było z czego zjeść, a to porządkowanie biurka bo już się nie dało na nim lapka postawić, a to na stole w pokoju leżało wszystko a na okolicznych krzesłach wisiały ciuchy… I bynajmniej nie było mało przestrzeni. Nie brakowało mi szaf. Każda rzecz miała swoje miejsce przechowywania, jej tylko przeznaczone. Niczego nie brakowało, poza jednym…

Gdy się dziś zastanowię, jak się wtedy czułam to przychodzi mi do głowy jedno słowo – przytłoczona. I zmęczona już na samą myśl, że jak wrócę to jeszcze tyle trzeba będzie zrobić, zanim odpocznę. Na bank znasz to uczucie. Oddalająca się przyjemność i relaks, pomimo zmęczenia po całym dniu pracy. Mówi się, że kobieta ma drugi etat w domu. No, coś w tym jest… Jednak na to jest dobre rozwiązanie.

Równowaga

Oto czego mi brakowało. Mój świat był albo biały, albo czarny (także od kurzu). Wszystko polegało albo na sprzątaniu chaosu, albo na folgowaniu sobie i kładzeniu rzeczy gdzie popadnie. Cały czas brakowało tego złotego środka.

Ten środek to po prostu odkładanie na miejsce natychmiast po użyciu. Od razu – wtedy, kiedy to naprawdę zabiera parę sekund. Pod warunkiem oczywiście, że faktycznie każda rzecz ma swoje miejsce. I że tych rzeczy mam tylko tyle, ile moje szafy pomieszczą. Jest to jest dla mnie jednym z wyznaczników tego, czy mam za dużo czy nie. Jeśli wszystko nadal mieści się w szyfladach, jeśli każdą rzecz mogę odłożyć i schować tak, żeby nie leżała na widoku, nie zawadzała i nie przeszkadzała, to znaczy, że jest równowaga.

Nie jest to żadna magia, ale zwykły odruch a właściwie nawyk. Nawyk chowania po użyciu. Ten sam, który pozwala mi nie odkładać spraw na później. To jemu zawdzięczam luksus przyjścia z pracy do czystego mieszkania, jak również to że nie muszę najpierw uprzątnąć żeby gdzieś usiąść i odpocząć. Moich oczu nie razi bałagan, a soboty nie spędzam na sprzątaniu całego domu. Jasne, że chwytam za odkurzacz, mopa i inne akcesoria przeciętnej pani domu. Jednak zajmuje mi to wszystko raptem 30 minut. Włącznie z myciem łazienki. Właśnie dlatego, że nie muszę najpierw uprzątnąć mieszkania żeby sprzątnąć kurz. Ani nie muszę najpierw przerzucić pełnego zlewu garnków, żeby móc sprzątnąć kuchnię (i doskrobać się do szyby na płycie kuchennej). 30 minut tygodniowo to dużo? Sam oceń. Biorąc pod uwagę to, że cały tydzień po odliczeniu przepisowych 8h na sen ma nadal 224 takie 30 minutowe przedziały, to chyba jednak niezbyt wiele…

Przy okazji, odpowiem na dwa pytania, które najczęściej słyszę (poza stwierdzeniem “ja też bym tak chciała, ale w moim przypadku to niemożliwe…”).

  1. A czy to nie tak, że teraz sprzątasz cały czas, a nie tylko czasem? – Nie, to nie jest tak,że cały czas sprzątam. Ja po prostu nie bałaganię. Ile trwa schowanie książki na półkę? 20 sekund? A schowanie talerza do zmywarki? Coś około 30 wraz z przejściem z drugiego końca mieszkania. Gdybym robiła tylko to, to nie miałabym ani czasu brudzić tych naczyń ani czytać tych książek. Ergo… ;) Swoją drogą ile czasu jesz ciastko? 5 minut? To te 30 sekund możesz poświęcić na odłożenie talerzyka, gdzie należy.
  2. Jasne, tobie łatwo mówić, bo nie musisz sprzątać cały czas po dzieciach. – Nie, nie muszę. Fakt. Jednak sprzątam po innych i też miałam okres frustracji tym, że “ktoś mi bałagani”. Aż do momentu, kiedy stwierdziłam, że jeśli różnimy się przyzwyczajeniami czy priorytetami to trudno. Nie ma sensu się na kogoś złościć, bo sprzątam dla siebie, dla swojego spokoju i dobrego samopoczucia. Nie robię tego “by dom był czysty” i żebym ja nie uchodziła za chujową panią domu. Robię to dla siebie, tak samo jak dla siebie jem rano śniadanie, czy myję zęby przed spaniem. I to nie ma znaczenia, czy ten talerz ubrudziłam ja czy ktoś inny – jeśli to mi on przeszkadza, to ja go myję. Na wychowaniu dzieci do czystości się nie znam, więc radzić nie będę. Robią to inni. Na szczęście. ;)

Często słyszę stwierdzenia takie jak “nie mogę sobie poradzić z bałaganem”, albo “mam dość ciągłego sprzątania”. Jeśli tak jest, to spróbuj ten sam czas, jaki poświęcasz na sprzątanie przeznaczyć na budowanie nawyku niebałaganienia. Daj sobie trochę czasu. I nie te przysłowiowe 21 dni, bo to jest bzdura i już niejedna osoba to dementowała. A potem zobacz co się zmieniło…