Posted in Świadomość

Dlaczego tak trudno nam podejmować decyzje?

Dlaczego tak trudno nam podejmować decyzje? Posted on 12 lipca 2018

Decyzje wszelkiej maści – od tego co założyć rano czy co ugotować na obiad, przez to gdzie mieszkać i dla kogo pracować (a może dla siebie?) do ostatecznego ‚jak żyć’. Decyzje codzienne i te wyjątkowe. Decyzje mające duży wpływ na to co się z nami stanie w niedalekiej przyszłości i te zupełnie dla naszego życia nieważne, jak smak lodów w deserze. Wiesz, co je łączy? Wysiłek, który trzeba podjąć by zdecydować się na jedną opcję i odrzucić pozostałe.

Wybory, czyli mówienie Nie

Dla niektórych ten wysiłek będzie związany z faktem, że nie potrafią odmawiać. Nie tylko komuś innemu, ale też czasem sobie. A przecież podjęcie decyzji to powiedzenie Nie wszystkim innym opcjom i skupienie się na tej jednej, wybranej. To zaś oznacza odmówienie sobie korzyści płynących z tych odrzuconych alternatyw. „I to korci, i to nęci”. A tu trzeba zdecydować i do tego jeszcze przejść nad decyzją do porządku dziennego, a nie rozpamiętywać ją miesiącami czy latami, zastanawiając się jak by to było, gdybym wtedy…

Mówi się, że brak decyzji to też decyzja. Ja się jednak będę upierać, że tak nie jest. Brak decyzji oddala od nas koszt związany z wyborem i pogodzeniem się z utratą tych niewybranych możliwości. Tak robią ludzie, którzy uciekają od odpowiedzialności nie tylko przed innymi, ale i przed samym sobą. Bo jak można mieć do siebie pretensje o decyzję, którą podjął za nas świat/los/Bóg/żona – niewłaściwe wykreślić. Jeśli to inni powiedzą Nie za nas, to jak ktokolwiek będzie mógł nas winić? Osobiście nazywam to impotencją decyzyjną i ciężko tu cośkolwiek poradzić. ;)

Mnogość opcji

Jest jeszcze jeden element, który ten cały proces utrudnia. I robi to, cholera jedna, równie skutecznie tym, którzy już mają z podejmowaniem decyzji problem i tym, którym z reguły przychodzi to z łatwością. Jest to właśnie mnogość opcji.

O decyzjach przy zbyt wielu alternatywach pisano niejednokrotnie. Z reguły wybory te (gdy dostępnych jest powyżej 6 opcji), są trudne i – co ważne! – mniej satysfakcjonujące niż gdy mamy jedynie 6 wariantów. Jedne z takich badań wykonywano na ochotnikach każąc wybierać im czekoladki – też bym nie pogardziła takim badaniem. Zwłaszcza, że Godiva piechotą nie chodzi… Jednak ważny wniosek z tego badania to właśnie zależność długotrwałej satysfakcji od liczby opcji. I to zależność nieintuicyjna, bo im więcej opcji tym gorzej.

Podobne badania wykonano swego czasu na osobach wybierających smak dżemu. Również te badania dowiodły, że im więcej możliwości tym trudniej, choć głównym wnioskiem było przytłoczenie przez liczbę wariantów, demotywacja i niechęć do podjęcia decyzji. A efektem końcowym dopiero była obniżona satysfakcja.

Każdy wybór, jakiego dokonujemy podlega dokładnie tym samym regułom. Każdy będzie łatwiejszy gdy opcji będzie zwyczajnie mniej. I będzie też bardziej satysfakcjonujący. Może dlatego „kiedyś żyło się prościej” bo zwyczajnie nie było tylu możliwości? Mniej możliwości wyboru studiów, mniej możliwości pracy, mniejszy wybór w sklepach (choć nie mówię, że tęsknię do skrajności, gdy na półkach tylko ocet!). To se ne vrati, a żyć trzeba i radzić sobie dalej takoż. ;) I to w tym świecie teraz, który wyborami, opcjami i informacjami jest przepełniony.

Po co mi ten cały minimalizm

Jakiś czas temu miałam ogromny decyzyjny kryzys. Cokolwiek wybrałam – i tak byłam wiecznie niezadowolona. I paradoksalnie im więcej czasu spędzałam na przebieraniu, wybieraniu i decydowaniu, tym było gorzej. Aż zaczęłam robić odwrotnie. Najpierw zadbałam o to, żeby zrozumieć, co ja lubię i co dla mnie jest ważne. Na początku prosto. Na kartce papieru przed dokonaniem wyboru tworzyłam lista kilku cech, jakie powinno mieć to co wybieram, żeby spełniać moje wymagania i naprawdę mi się podobać. To automatycznie wykreślało opcje, które by mi nie odpowiadały. Im bardziej też rozumiałam, co mi pasuje tym łatwiej było mi to zauważyć dookoła. Łatwiej było dostrzec, że rzeczy już przez mnie posiadane wcale nie były tymi, którymi chciałam się otaczać. Łatwiej też było się ich pozbyć.

Koniec końców okazało się, że tych przedmiotów i spraw które mi odpowiadają (bo potem cały proces rozszerzył się to też na aktywności a na końcu na relacje) jest mało. Na tyle mało, że nie mam problemu z ich oporządzeniem i zadbaniem o nie, poświęceniem im wystarczającej uwagi i czasu, oraz wybraniem tego, co sprawi mi radość i przyjemność. Również długoterminowo.

Nie lubię słowa minimalizm, bo minimalizm stał się kolejną modą by iść pod prąd – tym razem nie władzy urzędowej, a tej marketingowej, która w tej czy inny sposób zarabia na naszych wyborach. Dla mnie zaś minimalizm jest sposobem na to, by poznać swoje preferencje, by w mniejszej ilości rzeczy usłyszeć siebie i to, czego ja chcę i potrzebuję i by nie zatracić swoich priorytetów w tak zwanym stanie posiadania. Jest też w pewnym sensie sposobem na to by nie zwariować, bo mój bardzo osobisty mózg cośkolwiek źle reaguje na nadmiar możliwości i informacji. I naprawdę, mając mniej opcji i wiedząc czego chcę, decyzje podejmuję przyjemnie i szybko.

Ten świat nie zadba o nasz komfort przy podejmowaniu decyzji – to akurat musimy zrobić sami.